czwartek, 5 listopada 2015

Na początku coś o mnie i po co właściwie ten blog?

Witam serdecznie wszystkich, którzy przypadkiem i nie przypadkiem trafili na tego bloga.

Z tej strony Monika - spełniona żona i mama cudownego 13 miesięcznego Aleksandra. Mam 27 lat, z zawodu jestem bankowcem, a w chwili obecnej opiekuję się synkiem i cieszę każdym dniem spędzonym z nim, każdym nowym odkryciem, każdym nowym słowem, gestem i miną. Pewnie w trakcie pisania i dodawania nowych postów wyjdą na jaw różne aspekty mojego życia, ale na początek tych kilka słów o mnie wystarczy :)

Dawniej, kiedy mieszkałam w rodzinnym, czteropokoleniowym domu nawet zrobienie herbaty i wejście do kuchni spotykało się z niechęcią z mojej strony. Dlaczego? Ano dlatego, że pamiętam, nawet jako bardzo małe dziecko, kiedy chciałam mamie, babci, prababci coś pomóc, zrobić sobie kanapkę czy cokolwiek innego w pomieszczeniu kuchennym pamiętam minę i słowa mojej prababci - "to robisz źle, źle smarujesz, źle układasz, weź ten nóż a nie tamten, tamtą miskę, łyżeczkę, talerz"... itp itd. I poza tym, że moja prababcia była przekochaną osobą, to ta niechęć zrobienia czegokolwiek w kuchni zawsze powodowała, że omijałam ją szerokim łukiem. Kiedy prababcia od nas odeszła, została jeszcze babcia i mama, ale ja mając 13 lat w kuchni rządziłam tylko wtedy, kiedy byłam sama w domu, sama w kuchni. Nikt mi się nie wtrącał, nie komentował, robiłam wg przepisów, czasem dodałam coś od siebie, wyszło jak wyszło, ale robiłam wszystko sama, samiuteńka od a do z. Nie lubiłam gotować, nie lubiłam, kiedy mama chciała mnie czegoś nauczyć...

Dopiero kiedy przeprowadziłam się do narzeczonego zaczęłam więcej mieszać w garach. No bo przecież jakoś musiałam zasłużyć sobie na miano dobrej gospodyni i dobrej kandydatki na żonę. No i chyba szło mi całkiem dobrze, bo od ponad 2 lat jestem gospodynią, czy dobrą? niech oceni mój mąż, ale przede wszystkim jestem szczęśliwą żoną i panią J. :) Na początku może kulawo, metodą prób i błędów próbowałam, to przesoliłam, to przepieprzyłam, a narzeczony oceniał moje kulinarne wyczyny w skali od 1 do 10. Wtedy wiedziałam co mu smakuje, co mi wychodzi i czym ewentualnie mogę go przekupić :) Te sprawdzone przepisy zapisywałam, drukowałam, dodawałam zakładki w przeglądarkach internetowych, a teraz mąż mi podpowiedział, że przecież to co raz wrzucisz do internetu jest tam na zawsze, więc warto te sprawdzone, pyszne przepisy wrzucić w jedno miejsce, żeby po pierwsze mieć do nich stały dostęp, po drugie aby może przydały się innym :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz